Katarzyna Bonda: Sama pasja nie wystarczy, by żyć, jak się chce

Zdaje mi się, że już nie przystaję do tego świata. Nigdy nie czułam potrzeby informowania wszystkich o tym, że byłam u fryzjera, co jadłam na śniadanie, czy odśnieżanie podjazdu daje mi radość lub mierzi albo z kim aktualnie się spotykam, choćby tylko w celach dokumentacyjnych. Przeciwnie, za walor uznaję prawo do prywatności i wcale nie chcę, by wszyscy wiedzieli o mnie wszystko. Wydaje się jednak, że rejestrowanie za pomocą zdjęć każdego wydarzenia jest dziś koniecznością, bo przecież nie spotykamy się jak kiedyś i prawie każdy siedzi przed swoim komputerem lub skroluje telefon. Jest to dla mnie oczywiste, że ten rodzaj ekshibicjonizmu wynika z naturalnej potrzeby bliskości, a ponieważ zakazano nam bywać razem – człowiek radzi sobie, jak może, zwłaszcza że wirtualny świat pozornie zastępuje ten prawdziwy.

 

 

Zawsze się uważałam za osobę raczej drętwą, a co gorsza konkretną. Lubię głębokie dyskusje i piszę wielowątkowe powieści. Nie jestem człowiekiem, który wchodzi na imprezę i rozkręca bal. Stoję zwykle z boku i radość daje mi obserwacja. To moja ulubiona pozycja w tłumie. Nawet kiedy mam dom pełen ludzi, oddaję im przestrzeń i patrzę, co się dzieje. Fascynują mnie ludzkie zachowania, to, jak na siebie wpływamy, bo ludzie są dla siebie lustrem. Widać od razu tych, którzy źle się czują niezauważeni i szybko przejmują dowodzenie w towarzyskich koteriach.

Ponieważ jednak tak się ułożyło, że zajęłam się pisaniem książek, i nie ukrywam, iż chciałabym dotrzeć z moją opowieścią do jak najszerszego grona, nie mogłam siedzieć w kącie i czekać, aż ktoś mnie zauważy. To znaczy siedziałam tak pierwsze siedem lat i byłam skutecznie niewidzialna. Przyznaję uczciwie, że to nie było miłe dla mojego ego. Zżymałam się, pragnęłam docenienia i dosłownie siłowo przełamałam się, by zmienić dotychczasowy modus operandi. Pamiętam dobrze, kiedy pierwszy raz założyłam sukienkę uszytą specjalnie, by pójść na wywiad, a potem fala ruszyła: pojechałam do dziesiątek bibliotek, spotykałam się z czytelnikami, umieszczałam zdjęcia w mediach społecznościowych i odsłaniałam coraz bardziej. Na początku to było tak krępujące, jak wyjście na scenę w skąpym kostiumie. Pierwsze trzysta wywiadów okupiłam tremą, cholernie bałam się kompromitacji. Wiem, że są osoby, które nie mają z tym problemów, nie muszą napisać książki, by pięknie zaprezentować się publiczności. Ja zrobiłam to dla moich powieści. By być czytaną. Czułam, że powinnam ich bronić jak matka kurka swoich piskląt, dopóki te nie są gotowe wyfrunąć z gniazda. Z czasem polubiłam to. Zrozumiałam, że los dał mi taki rodzaj doświadczenia, bym uwierzyła w siebie (przynajmniej zawodowo, bo pokora bardzo pomaga w zapisie i zbieraniu danych), lecz jeśli człowiek, trzymając gardę, nie wyjdzie do boju, kiedy na rynku pojawia się jego powieść, brakuje mu odwagi do pisania następnej. Widać potrzebowałam tego, by się wzmocnić. Z tych ćwiczeń na odwagę „zrobiła się” tak zwana popularność. Sama nie zauważyłam, kiedy to się stało. Machina zadziałała, a jej koło zamachowe okazało się większe, niż się spodziewałam. Był czas, że szłam do szewca i spotykałam czytelników. Na spacerze z psem ludzie pytali mnie o kolejną książkę. Odsłanianie kolejnych tajemnic życia prywatnego nagle stało się nie tylko normą, lecz koniecznością. A przecież w głębi serca jestem tylko obserwatorem z kąta. Do dziś w takich sytuacjach walczę z rumieniem na policzkach.

Kiedy czytam krytyczne uwagi, pytam się czasami siebie, kim jestem, czy było warto. Czy naprawdę o to właśnie walczyłam, kiedy wchodziłam do tej rzeki siedemnaście lat temu? Czy o tę rozpoznawalność mi chodziło? Nie. To, co napędzało mnie do działania, to fascynacja tematem, niezrozumienie, ciekawość, niepokój, niezgoda na rzeczywistość i przedstawienie tej historii w postaci książki. Bunt, rewolta, autonomia. Dzielenie się tym, co zobaczyłam, i przetworzenie tego w rozrywkę. Nie zaś karmienie własnego ego czy próżność. A jednak nie jestem od niej wolna. Łapię się na tym, że kiedy pracuję nad nową książką i zgłaszam się po nowe dane do różnych osób, drzwi otwierają się same – albo i zamykają, każda rzecz ma rewers. Bywa, że ludzie czytali moje książki, mają je na półkach albo słyszeli o istnieniu osoby, która nosi moje nazwisko. Ale czy to jestem ja?

Czasami podczas spotkań ludzie mówią mi, że wydaję się inną osobą, że jestem sympatyczna, a nawet fajna. To jest bardzo miłe. Zawsze wtedy zastanawiam się, czy to znaczy, że w mediach prezentuję się jako zołza? Czasami zadaję to pytanie. Ludzie unikają odpowiedzi i w końcu mówią, że zdaję się być groźna, bezkompromisowa, zimna, bezwzględna, skuteczna. To wszystko mają być komplementy. Czy to, że konsekwentnie dążę do swoich celów, sprawia, że chodzę w kolczudze? Nie sądzę. Myślę, że gdybym była mężczyzną, wszystko to byłoby odczytywane na plus. Przepraszam wszystkich feministów, przepraszam też wszystkich panów, ale Wy macie łatwiej. Kiedy bowiem kobieta postanawia poświęcić swoje życie pasji, zmuszona jest kroczyć męską ścieżką. Kobiecość nie jest biernością, ale jest pasywnością – poddawaniem się. Tymczasem podążanie za tym, co pozwoli mi stworzyć dzieło (w moim przypadku literackie, ale jest wiele kobiet, które stwarzają firmy, budują mosty, prowadzą stowarzyszenia i zawiadują wojskiem), wymaga ode mnie poświęcenia tej części mojej żeńskości, która mogłaby zaszkodzić produktywności i zastąpienia jej orężem podpatrzonym u kolegów: dyscyplina, trzymanie emocji na wodzy, konsekwencja, rutyna, ulepszanie systemu, unikanie błędów, rozliczanie, udoskonalanie, pokonywanie przeszkód i wreszcie – zwyciężanie. A od wygrywania można się uzależnić. I to jest znów narcystyczne, egotyczne, próżne.

Sama pasja nie wystarczy, by żyć, jak się chce. Mogę kochać opowiadanie historii, mogę skonstruować piękne dwa zdania, mogę czekać na iluminację, mogę zakochać się w życiu, ale bez twardych narzędzi to mogą być jedynie cudowne chwile, które sprawdzają się tylko w filmach albo w książce. Dodajmy, że film trwa dziewięćdziesiąt minut, a w książce wycina się z fabuły nudę.

Kochanie tego, co się robi, jest jedynie bazą. To podstawa, by odnaleźć w życiu to, co warte jest poświęceń – czy jest to robienie na drutach, wędzenie, bycie policjantem, pisarzem, czy granie na bębnach albo coaching. Każdy z nas posiada jakiś dar, czasami głęboko ukryty, bo rodzice chcieliby, żebyśmy zostali prawnikami albo lekarzami, a nie gotowali pad thai na ulicy czy pisali kryminały. Kiedy jednak się to coś odnajdzie, nadchodzi czas próby. Świat cię zapyta, ile jesteś w stanie poświęcić, z czego jesteś gotowy zrezygnować, jak bardzo tego pragniesz. Bo wiedz, że Twoje życie ulegnie zmianie. Nie ma innej opcji. Oczywiście warto. Nie wierzę w życie bez pasji, uważam, że każdy powinien robić w życiu wyłącznie to, co chce, lubi i co daje mu radość – oraz jak dodawała moja mama: „Co wychodzi Ci bez trudu”. To jedna z najcenniejszych rad, bo eliminuje bardzo wiele zbędnych materii, które mają jedynie pompować nasze ego. A kiedy już mamy w garści to coś, przychodzą bolesne testy. I tutaj wracam do mojej słonej ceny. Do pokazania twarzy. Bo kiedy już raz ją pokazałam i powiedziałam: „Oto jestem ja i tą facjatą firmuję moje książki” – sama stawiam się pod pręgierz. One są bowiem Wasze. Możecie cieszyć się nimi i możecie rzucać pomidorami. To jest moja cena. Schować ego do kieszeni i co najwyżej nie przyjmować prezentów w postaci nieprzyjemnych opinii. Lecz dalej robić swoje. Starać się, nie odpuszczać i wierzyć, że następnym razem dźwignę lepiej. Choć to nie jest takie pewne…

Kiedy byłam mała, grałam na fortepianie i marzyłam o tym, że będę wirtuozem. Problemem była publiczność, która przeszkadzała mi podczas koncertów. Chętnie grałam dla siebie, dopieszczałam utwór do perfekcji (dziś tak samo pracuję nad książką, te emocje się nie zmieniły), ale kiedy przychodziło do występu, nie umiałam dźwignąć odpowiedzialności jaką niesie za sobą wystąpienie publiczne. Los zadecydował za mnie. To marzenie zamknęłam i mówię o nim w czasie przeszłym. Dziś, przeżywszy tyle lat, wiem, że tak musiało się stać, bym odnalazła pisanie. To był test, próbka, poszukiwanie. Gra na pianinie była moją pasją, ale nie byłam gotowa poświęcić jej wszystkiego. Potem było dziennikarstwo i scenariopisarstwo, aż wróciłam do źródeł. Do opowieści. Wprawdzie żyję dziś w słowach, nie w dźwiękach (choć w mojej głowie to się niczym nie różni, emocjonalnie dostarczają mi tego samego), lecz byłam gotowa bronić swoich książek na tyle gorąco, by wyjść na scenę, pokazać twarz i wystawić się na kwiaty oraz pomidory. To, co jest, jest tylko konsekwencją tych wyborów. Czasami myślę, że było mi to pisane. Innym razem jestem przekonana, że pasja przeistacza się w dzieło życia tylko wtedy, kiedy my jesteśmy gotowi oddać kawałek siebie na rzecz zmiany. Nie wcześniej. I nie później (bo przecież niektóre pociągi odjeżdżają bezpowrotnie). To tak jak z mistrzem i uczniem.

I funkcjonowałam sobie dobrze przez te wszystkie lata, aż wirtualny świat stał się ważniejszy niż ten rzeczywisty. To oczywiście naturalna sprawa – świat przyśpiesza, bo technologie są coraz doskonalsze i to jest piękne. Nie zamierzam z tym walczyć ani utyskiwać. Natomiast by zostać na rynku, na którym rocznie wychodzą setki tysięcy nowych powieści kryminalnych – a to ogromna konkurencja i jestem dumna, że w ogóle po tylu latach czytelnicy o mnie pamiętają – trzeba uczestniczyć w wyścigu Instagrama, Tik Toka, Tweetera i innych. Ja oczywiście uczestniczę z godnością dinozaura na wymarciu, czyli prawie wcale. Wciąż piszę bardzo długie posty, rzadko cokolwiek umieszczam i strasznie się wstydzę, kiedy ujawnię za dużo. Czym to się różni od tego, co było, kiedy jako dziecko, a potem nastolatka, miałam wyjść na scenę w lakierkach i usiąść przy klawiaturze (nomen omen).

I tak sobie myślę, że idzie kolejna próba. Świat się zmienia, my się zmieniamy, powieści kryminalne się zmieniają. I nie ma nic innego niż zmiana. A moją rolą jest się dostosować lub pogodzić z tym, że jeśli tego nie zrobię, pozostanę poza głównym nurtem. Czy jestem na to gotowa? Przecież właściwie zawsze pisałam jedynie, by opowiadać. Nie, by się chełpić. Tak, ale z pasją jest jak z pieniędzmi. Możesz mieć ich ogrom i nie zrobią z Ciebie Sknerusa McKwacza, jeśli potrafisz się dzielić. Albo z miłością. Nie ma jej, jeśli jest nieodwzajemniona. Wtedy to tylko zależność. Marzę, by moje dzieło, wynikające z pasji, dawało coś innym.

Kroczenie ścieżką pasji dla siebie, dla pompowania ego, dla sławy – to ślepa uliczka. Wybranie tej drogi, by obdarzać innych i dawać, a nie brać – dodaje energii i transformuje. Wtedy nawet podczas wizyty u szewca mam łzy w oczach, bo ktoś mówi, że czytał moją książkę i że go poruszyła. Kiedy mówi, że się nie podobała, myślę tylko o tym, że ma rację, że coś w tym jest. I pozostaje mi uszanować tę opinię. Chciałabym nigdy nie zgubić tej optyki. Nie dać się uwięzić pułapkom ego. To trudne, zwłaszcza że nie wyobrażam sobie innego życia, a świat już teraz obdarował mnie nadzwyczaj hojnie. Dziękuję za wszystko i modlę się, by mieć siłę na dalszą drogę, by pasja wciąż otwierała mnie na nowe w służbie dla innych. Bo może wkrótce pokazanie twarzy lub myśli w mediach społecznościowych będzie bardziej prawdziwe niż cenzorowane wiadomości w mediach reżimowych, choćby i był w tym egotyzm. A, by opowiadać, potrzeba odwagi. Ale o tym napiszę innym razem.

Katarzyna Bonda

fot. Magdalena Łuniewska/URODA ŻYCIA

Tekst pochodzi z książki “Lwice Biznesu. Kobiety sukcesu o pasji w biznesie”, Wydawnictwo I.D.MEDIA, Ilona Adamska.

Książka dostępna na www.ikmag.pl/sklep 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.